niedziela, 6 sierpnia 2017

Rozdział XX



Zaparkowałam przed dużym budynkiem z czerwonej cegły, w ścianach znajdowały się okna, przysłonięte ciemnymi kotarami, a przed drzwiami stał wysoki i muskularny mężczyzna z wygoloną głową. Po prawej stronie od ochroniarza ciągnęła się bardzo długa kolejka czekających na wejście ludzi.
- Dziewczyny musimy chwile poczekać, bo ma nam towarzyszyć mój przyjaciel – powiedziałam, a chwile potem obok nas zaparkował samochód, z którego wysiadł uśmiechnięty Alex ubrany w przylegającą niebieską koszulkę, na ramionach miał czarną marynarkę z szarymi łatami na łokciach. Całość stroju dopełniały czarne sprane jeansy i niskie trampki. – O wilku mowa.
- O jakim wilku? – zapytał z uśmiechem chłopak podchodząc do nas. – Wyglądacie pięknie, a swoją drogą, jestem Alex.
- Dzięki, a to są moje przyjaciółki Candy i Meredith – przedstawiłam dziewczyny, które uśmiechnęły się do niego. – To wchodzimy!
Kiedy to powiedziałam, chciałam skierować się na koniec kolejki, ale blondynka chwyciła mnie za ramię i poprowadziła nas do ochroniarza.
- Cześć Boody – powiedziała z uśmiechem do mężczyzny, a on odpowiedział tym samym. – Mógłbyś nas wpuścić?
- Dobra Meredith – powiedział. – Tylko żebym nie musiał nikogo z was wyprowadzać z klubu.
- Tak jest – zasalutowała i zachichotała. Mężczyzna otworzył przed nami drzwi i pozwolił nam wejść do środka, co spotkało się z niezadowoleniem reszty czekających.
Kiedy przekroczyliśmy próg, do moich nozdrzy dotarł zapach papierosów. Na środku pomieszczenia ludzie tańczyli otumanieni alkoholem i pewnie też nielegalnymi używkami. Blondynka przepychała się przez tłum, aż dotarła do strefy na VIP-ów. Tam również pogadała ze znanym tylko sobie ochroniarzem, który bez problemu przepuścił nas dalej. Zajęliśmy miejsce w pustej loży, a Alex poszedł po drinki.
- Skąd ty znasz tych wszystkich bramkarzy? – zapytała Candy. Blondynka uśmiechnęła się i odpowiedziała:
- To dobrzy znajomi mojego starszego brata.
Widziałam, że fioletowogłowa chciała jeszcze o coś zapytać, ale Alex wrócił z drinkami. Wypiliśmy je, porozmawialiśmy, a teraz trzeba było podbić parkiet. Nachyliłam się w stronę Alex’ a i wyszeptałam mu do ucha:
- Candy przeżywa poważne rozstanie i trzeba ją trochę rozruszać, tylko trochę.
-  Nie ma problemu, na mnie zawsze można liczyć – rzucił i już zmierzał z dziewczynami na parkiet. Poszłam za nimi i dałam porwać się w wir muzyki. Tańczyłam kilka piosenek razem z moimi przyjaciółmi, ale potem tańczyłam z każdym, kto miał ochotę ze mną potańczyć. Ruszałam się w rytm muzyki, czasami nawet śpiewałam i bawiłam się naprawdę… dobrze! Chyba pierwszy raz od śmierci Rasto czułam się szczęśliwa i pełna energii. Po dłuższej chwili zabawy musiałam iść do łazienki, żeby zobaczyć w jakim stanie jest wygląd. Przecisnęłam się przez tłum, co jakiś czas tańcząc albo podrygując w takt muzyki. W końcu dotarłam do drzwi wychodzących na niewielki korytarz z kilkoma drzwiami. Skierowałam się w stronę drzwi damskiej toalety. Pchnęłam ciemne drzwi i podeszłam do lustra. Przyglądnęłam się sobie. Włosy miałam lekko zmierzwione, szminka zeszła całkowicie z moich ust, ale na szczęście oczy się nie rozmazały. Uśmiechałam się i nie był to wymuszony uśmiech, tylko w całości szczery. W moich oczach nie chował się fałsz, tylko sama radość. Gdzieś w podświadomości miałam myśl, że Rasto cieszy się teraz razem ze mną.
Poprawiłam tylko szybko włosy i w dobrym nastroju chciałam wrócić na parkiet, ale nie było mi to dane. Kiedy przechodziłam obok nieoznakowanych drzwi, jakaś ręka wciągnęła mnie do tego pomieszczenia.
- Co do diabła?! – warknęłam, a potem przyjrzałam się wszystkim w pokoju. Z tego co wywnioskowałam, stałam na środku składziku, a otaczali mnie sami mężczyźni. Coś zaczęło wrzeć pod moją skórą. Przyglądnęłam się każdemu z osobna, ale zatrzymałam dłużej wzrok na jednym z nich, którego skądś kojarzyłam.
- Mało ci po ostatnim razie? – zapytałam z wrednym uśmieszkiem mężczyznę, któremu podczas pewniej imprezy w moim studenckim mieście przyłożyłam z otwartej dłoni w twarz.
- Chciałbym czegoś więcej niż tylko krótka rozmowa – odpowiedział z pożądaniem w oczach. – Mam tyle pomysłów, jak wykorzystać nasze spotkanie, że aż nie wiem od czego zacząć.
Kiedy to mówił przybliżał się do mnie, a ja cofałabym się, gdyby reszta mężczyzn nie trzymałaby mnie dość mocno. Gniew rozlewał się już po moim wnętrzu. Chwycił mnie za podbródek i zmusił do patrzenia sobie w oczy.
- Jakbyś  nie uciekła ostatnim razem, mogłoby być przyjemnie, ale niestety kara musi być – powiedział i zjechał ręką na mój tyłek i dość mocno go ścisnął. Zaczęłam się wyrywać, a on zaśmiał się paskudnie. Przycisnął mnie do siebie tak, że mogłam poczuć jego męskość. Warknęłam, a on popatrzył w moje oczy i cofnął się ze strachem wymalowanym na twarzy.
- Twoje o-oczy… Są czerwone! – wykrzyczał z przerażeniem, a ja popatrzyłam na niego jak na idiotę.
- Co ty gadasz?! – powiedziałam z wściekłością w głosie.
- Ale nie martw się, nie zniszczy nam to zabawy – z wcześniejszych emocji nie zostało już nic, teraz wręcz rozbierał mnie wzrokiem. Zaczął zbliżać się bardzo powili, a ja wraz z zmniejszeniem dzielącego nas dystansu wyrywałam się coraz zajadlej i udało mi się przyłożyć jednemu z nich w twarz, ale otrząsnął się i chwycił mnie jeszcze mocniej.  
- Puszczajcie mnie! – krzyczałam, mając cichą nadzieję, że ktoś usłyszy moje wrzaski między piosenkami. Czułam jakby moja krew bulgotała i za kilka chwil miała osiągnąć punkt kulminacyjny. Mój oprawca przybliżył się do mnie i położył rękę na moim odsłoniętym udzie i powoli zaczął jechać w górę w miejsce mojej kobiecości. Szarpałam się, wierzgałam i wrzeszczałam, ale nie miałam jak wyrwać się z tego pomieszczenia. W jednej chwili z mojego gardła wydarł się głośny krzyk, a w raz z nim z mojego wnętrza wystrzeliła potężna chmura energii, która przeszła przez wszystkich mężczyzn. Zaczęli krzyczeć i krztusić się, a potem wybuchli. Tak po prostu całe pomieszczenie i ja było we krwi i szczątkach tych ludzi.
Potem nastała cisza. Upadłam na kolana i zadrżałam na samą myśl o tym, co zrobiłam i co oni chcieli mi zrobić. Niepewnie spróbowałam wstać z ziemi, gdzie nadal pływała krew. Zachwiałam się lekko na nogach, ale udało mi się utrzymać w pionowej pozycji. Poczłapałam do drzwi i położyłam rękę na klamce. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam: „Lun, mógłbyś powiedzieć Alex’ owi, że źle się poczułam i wróciłam do domu oraz, żeby odwiózł dziewczyny do domu?”. „Oczywiście” – rzucił i poczułam, jakby na chwile znikał z mojej głowy. Nacisnęłam klamkę i rozejrzałam się po korytarzu, w myślach mieć nadzieję, że nikt tędy nie przyjdzie, i będę mogła spokojnie wymknąć się tylnym wyjściem. Odetchnęłam głośno, kiedy skierowałam się pustym korytarzem do drzwi. Udało mi się opuścić klub bez żadnego incydentu. Podeszłam do mojego samochodu, wsiadłam i oparłam głowę na kierownicy. Nie czułam nic, absolutnie nic. Żadne emocje nie rozbrzmiewały w moim wnętrzu, jedyne co czułam, to obojętność.
Z taką pustką w głowie wróciłam do domu. Nawet nie zauważyłam, kiedy zamknęłam za sobą drzwi i chciałam przejść kawałek, ale upadłam. Leżałam na ziemi, jak szmaciana lalka, niezdolna do niczego. Poczułam, że po policzkach płyną mi łzy, ale nie miałam siły żeby je otrzeć.
- Patricia, co się stało?! – dotarł do moich uszu głos, ale nie zareagowałam. Poczułam, że ktoś przytula mnie do swojej piersi i kołysze lekko, jakbym była przerażonym zwierzęciem. Nie panując nad sobą wtuliłam się w jego tors i zaczęłam szlochać. Cisza była przerywana tylko moim płaczem i delikatnym uspokajaniem przez… Williama. Popatrzyłam w jego niebieskie oczy i zapłakałam jeszcze raz. Okryłam się własnymi ramionami, jakbym budowała wokół siebie mur. Silne ręce wampira, nawet na chwile nie wypuściły mnie. Stanowiły kolejną ochronę przed okrutnym światem.
Zaczęłam się uspokajać i wyczerpana oparłam głowę o klatkę piersiową czarnowłosego. Pogłaskał mnie czule po głowie i wyszeptał:
- Co się stało, królewno?
Zachichotałam i popatrzyłam na niego szklistymi oczami.
- Nigdy więcej nie mów do mnie „królewno” – wychrypiałam z uśmiechem, który chyba bardziej przypominał grymas, bo wampir zaczął się śmiać. – Mogę ci wszystko opowiedzieć, jak zmyje to z siebie.
- Czy to…krew? – zapytał, a ja przytaknęłam. – Jest twoja?
- Nie, ale to długa historia – odparłam i spróbowałam się podnieść, ale upadłabym, gdyby William nie podtrzymał mnie w tali.
- Zaprowadzę cię do łazienki – powiedział i wziął mnie na ręce i w szybkim tempie postawił mnie na środku mojej łazienki. Zostawił mnie samą, a ja zdjęłam z siebie wszystkie ubrania i weszłam pod prysznic. Woda przybrała przez chwile kolor krwi. Kiedy się szorowałam, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie. Chciałam pozbyć się dotyku tych oprychów. Kiedy byłam już umyta wytarłam i owinęłam się w długi ręcznik, by wyjść po rzeczy na przebranie. Wyszłam z łazienki, a na łóżku siedział William i przyglądał mi się dokładnie. Na moje policzki wypłynął rumieniec, więc szybko podeszłam do swojej szafy, by odwrócić się do niego plecami. Zabrałam pierwszą lepszą bieliznę, do tego jakieś spodnie od dresu i przylegającą koszulkę z długim rękawem. Szybko wróciłam do łazienki, zarzuciłam na siebie ubranie i wyszłam z powrotem.
- Teraz opowiesz co się stało, królewno? – zapytał z półuśmieszkiem, a ja mordowałam go wzrokiem za nazwanie mnie „królewną”.
- Nie jestem żadną królewną – odparłam i usiadłam na łóżku. Podkuliłam kolana pod brodę i westchnęłam ciężko. – Pojechałam z przyjaciółmi do klubu. Bawiliśmy się świetnie, ale musiałam wyjść do toalety. Kiedy chciałam wrócić na salę, jacyś faceci wciągnęli mnie do kantorka sprzątacza. Chciałam się wyrwać, ale… było ich dużo i trzymali bardzo mocno…
Głos mi się złamał, a po policzkach popłynęły łzy. Zrozumiałam, co mogli by mi zrobić, gdybym ich… No właśnie, co ja z nimi dokładnie zrobiłam? Poczułam, że William przytula mnie po raz kolejny tej nocy.
- Zrobili ci coś? – zapytał z troską w głosie, ale po chwili wyczułam w jego gniew. – Znajdę ich i pozabijam.
Zaśmiałam się gorzko, a on popatrzył na mnie dziwnie.
- Możesz znaleźć ich szczątki w tym kantorku w klubie – odpowiedziałam i zadrżałam na samo wspomnienie tego pomieszczenia umazanego krwią i resztkami tkanek tych mężczyzn. – To było okropne… Oni tak po prostu… wybuchli.
- Co zrobili? – zapytał zaskoczony wampir.
- Oni chcieli mnie… - nie potrafiłam wypowiedzieć tego słowa. Przełknęłam głośno ślinę i wytarłam łzy wierzchem dłoni. – Chciałam stamtąd uciec, ale nie dałam rady… Poczułam jakby coś chciało wyjść z mojego wnętrza… Kiedy jego ręka… na moim udzie… Powiedział, że moje o-oczy… były czerwone…
- Spokojnie, już nic ci nie zrobią – uspokajał mnie chłopak, głaszcząc mnie po głowie i lekko kołysząc.
- Poczułam jak… wylatuje ze mnie chmura jakieś energii… Ci faceci zaczęli, tak przeraźliwie… k-krzyczeć… Potem nastała… cisza, a ja byłam cała we k-krwi – dokończyłam swoją opowieść przerywaną szlochami i łapaniem oddechu. Wiedziałam, że tak szybko nie pozbędę się tego wspomnienia. Nadal miałam wrażenie, że czuję palący dotyk tego oprycha na mojej nodze.
-  Nie martw się, nikt cię już nie dotknie – powiedział z determinacją w głosie. – Obiecuję.
- Dziękuję, że jesteś teraz ze mną – wyszeptałam i wtuliłam się w niego. Poczułam, jak rozluźniają się moje napięte mięśnie i powoli odpływałam, by po chwili zasnąć na dobre.

Cześć i przepraszam! 
Wiem, że jestem okropna. Nie było rozdziału, bo oddałam laptop do naprawy, a potem pojechałam na wakacje i wiecie jak to jest... Jeszcze raz Was przepraszam.

Pozdrawiam, Patrycja

sobota, 6 maja 2017

Rozdział XIX



Minęło kilka dni. Przestałam już odczuwać ból w okolicach brzucha, więc mogłam normalnie funkcjonować. Thomas pisał, że powinien przyjechać w tym tygodniu, a na dziś wieczór umówiłam się z Candy i Meredith na drinka.
Ogarnęłam się i pojechałam do Łowców, jak codziennie, na trening z moją grupą. Zapowiadała się piękna pogoda, więc stwierdziłam, że zabiorę podopiecznych na ćwiczenia na świeżym powietrzu. Miasto o tej porze dopiero zaczynało żyć, ale i tak był duży ruch. Kiedy dojechałam na miejsce miałam kilkuminutowe spóźnienie. Podeszłam do drzwi i zapukałam, a po chwili otworzyła mi Diana. Posłałam jej szeroki uśmiech i biegiem ruszyłam do sali treningowej. Kiedy odnalazłam moich uczniów posłałam im przepraszające spojrzenie.
- Przepraszam za spóźnienie, ale były korki – powiedziałam i uśmiechnęłam się do nich. – Ale teraz zabierzcie wszystkie swoje rzeczy i czekam na was na górze.
Widziałam, że chcą o coś zapytać, ale sprawnie wyszłam z pomieszczenia. Podeszłam do drzwi gabinetu Clein’ a i zapukałam. Kiedy usłyszałam z wnętrza zaproszenie, weszłam i posłałam mu uśmiech.
- Patricia, mam dla ciebie pewne informacje odnoście TEJ sprawy – powiedział akcentując słowo „tej”, dlatego wiedziałam, że ma to związek z łowcami. Zamknęłam drzwi i usiadłam na jednym z foteli.
- Co jest? – zapytałam skupiając się na tym, co ma mi powiedzieć.
- Dzisiaj nad ranem znaleźliśmy następne ciała, ale tym razem była przy nich koperta zaadresowana do… ciebie – powiedział, a ja popatrzyłam na niego zdziwiona. O co, do cholery, chodzi?!
- Czy mogłabym… - zaczęłam, a po chwili dostałam do ręki ową kopertę. Znajdowały się na niej ślady krwi i brudu, a moje nazwisko było zapisane starannym i równym pismem.
- Mógłbyś powiedzieć mi, gdzie doszło do tych wszystkich ataków? – zapytałam, nie spuszczając wzroku z koperty.
- Tu masz mapę z zaznaczonymi miejscami – odpowiedział i podał mi ją.
- Dziękuję i jak czegoś się dowiem, to dam znać – powiedziałam i nie czekając na odpowiedź, wyszłam z jego gabinetu. Musiałam to potem sprawdzić, ale teraz musiałam poprowadzić trening.
Moi podopieczni czekali już na mnie obładowani po uszy, więc skierowałam się do mojego samochodu. Wszystko włożyli do bagażnika i zajęli miejsca w pojeździe.
- No to gdzie jedziemy? – zapytał Mike, który zajął miejsce obok mnie.
- Panowie, zapowiada się śliczny dzień, dlatego postanowiłam zrobić trening w terenie – poinformowałam ich z uśmiechem. Nikt już potem nie odzywał, aż dojechaliśmy do lasu. Wysiedliśmy z samochodu i zabrawszy wszystkie rzeczy, weszliśmy głębiej w gęstwinę. W końcu dotarliśmy na niewielką polanę. Kazałam chłopakom chwilę pobiegać, dla rozgrzewki, a ja w tym czasie położyłam się na ziemi i patrzyłam w niebo. Kiedy skończyli biegać, przedstawiłam im plan na dziś.
- Więc tak, robimy powtórkę z pierwszego treningu – zaczęłam. – Próbujecie mnie zabić, oczywiście w przenośni, a ja się wam odwdzięczam tym samym.
- Tak jest – powiedzieli chórem i zasalutowali, a ja zachichotałam.
- Dobra, zasady są takie: teren gry obejmuje całą polanę i dwadzieścia kroków w głąb lasu w każdą stronę, wy zostajecie tutaj, a ja biegnę się ukryć. Zaczynacie, kiedy skończycie liczyć do trzydziestu, jasne? – wytłumaczyłam im, a oni pokiwali twierdząco głowami.
Wbiegłam między drzewa i wspięłam się na jedno z nich, na tyle wysoko, żeby mieć dobry widok na polanę, gdzie chłopaki odliczali. Kiedy skończyli nie powiedzieli  nic, tylko kiwnęli głowami i każdy rozbiegł się w inną stronę. „Ale będzie zabawa” – powiedział głos w mojej głowie. „Lun, jak ci powiem, to pojaw się w postaci kota” – powiedziałam z lekkim uśmiechem. Zeskoczyłam bezszelestnie na ziemię i zaczęłam „łowy”.
Skierowałam się w prawą stronę i tak szłam i badałam okolicę. W jednej chwili uchyliłam się przed kulką z pistoletu Mike’a. Zrobiłam obrót i pobiegłam w jego stronę skrzętnie unikając strzałów, aż będąc tuż przed nim wyminęłam go i pacnęłam ręką w głowę. Zachichotałam i pobiegłam przed siebie zostawiając za sobą zdziwionego blondyna. Kiedy zniknęłam Mike’owi z oczu przeszłam do marszu. Wtem zza drzewa poleciał w moją stronę sztylet, który zręcznie złapałam i odrzuciłam w stronę Jeremy’ go. Został przygwożdżony do drzewa, które miał za sobą. Podbiegłam do niego jego również lekko uderzyłam w głowę.
Wbiegłam na polanę i zaczęłam taniec między strzałami z łuku Filona. Podchodziłam coraz bliżej mężczyzny, aż w końcu i jemu przyłożyłam ręką. Ponownie wbiegłam na łąkę, gdzie czekał już na mnie Mike, który nie czekając na zaproszenie zaczął mnie atakować. Robiłam zręczne uniki, co jakiś czas atakując lekko. Wtedy nie wiadomo skąd, za moimi plecami pojawił się Jeremy, który również zaczął ze mną walczyć.
- Stop! – krzyknęłam i wszyscy zatrzymaliśmy się w jednej chwili. „Teraz Lun i stań za Filonem” – poleciłam głosowi. Okazało się, że miałam przyłożony pistolet do głowy oraz sztylet w miejscu serca i celował we mnie z łuku Hunde.
- Wygraliśmy! – powiedział uradowany Mike, a ja zaśmiałam się. – Co jest?
- To jest mój drogi, że w tej chwili oboje jesteście martwi – powiedziałam i wskazałam swoje dłonie. – Oboje już nie macie serc.
- Ale i tak wygraliśmy, bo ja celuję w ciebie strzałą – stwierdził Filon ze zdziwieniem.
- I tu was mam – zaczęłam z półuśmieszkiem – Żadna istota nadnaturalna nie działa sama… Lun!
Kiedy tylko zawołałam jego imię, wyskoczył na plecy łucznikowi i pacnął go łapą w głowę. W tym czasie, wyswobodziłam się zaskoczonym mężczyzną i zaczęłam się śmiać z ich min.
- Dobra, starczy tego kocie – powiedziałam, a Lun wyskoczył mi na ręce.
- Skąd, do cholery, wziął się tu kot? – zaczął się głowić Filon.
- A to zostanie moją tajemnicą – rzuciłam z chytrym uśmieszkiem. – A teraz wracamy do bazy, na dzisiaj koniec, a jutro spotykamy się trochę później niż zwykle.
- Tak jest, pani trener – powiedzieli chórem i skierowaliśmy się z powrotem do samochodu.

Kiedy odwiozłam chłopaków z powrotem, pojechałam do domu, żeby zacząć przygotowywać się na wieczorne wyjście. Wkroczyłam do domu i pierwsze co zrobiłam, to zjadłam jakąś kanapkę, bo trening nie mniej mnie zmęczył. Zaparzyłam jeszcze jakąś herbatę i poszłam z jedzeniem przed telewizor. Włączyłam pierwszy lepszy kanał i rozsiadłam się na kanapie. Po chwili obok mnie pojawił się Lun w postaci kota i oparł swój łebek na moim udzie. Dłonią zaczęłam lekko go głaskać po główce, a on zaczął przyjemnie mruczeć. Siedziałabym tak jeszcze gdyby nie przeszkodziło mi pukanie do drzwi.
Niechętnie wstałam ze swojego miejsca i spojrzałam w wizjer. Nie było nikogo, ale i tak otworzyłam je, żeby się upewnić. Rozejrzałam się, a kiedy upewniłam się i chciałam zamknąć drzwi z belki, która była zaraz pod dachem tarasu zwisał głową do dołu… Alex?! Popatrzyłam na niego zaskoczona.
- Co ty tu robisz?! – zapytałam chłopaka, a on podszedł po mnie.
- No, robię za niańkę, bo ktoś tutaj nie dzwoni do rodzinki – powiedział jak do małego dziecka i położył ręce na biodrach, jakby chciał mnie skarcić. Zachichotałam i wpuściłam go do domu.
- Czyli mam rozumieć, że przysłała cię Clary? – zapytałam i zaprowadziłam go do salonu.
- Można tak powiedzieć – odpowiedział i usiadł na kanapie, a po chwili na jego kolana wyskoczył Lunlican.
- Fajnego masz kota – powiedział, a ja się zaśmiałam. – Tylko dlaczego akurat czarny, nie mieli innych kolorów?
- A ty też możesz zmienić kolor na zielony, blondasku?! – zapytał urażony kot, a ja powstrzymywałam śmiech, kiedy zobaczyłam zaskoczoną minę Alex’ a.
- Ty gadasz?! – zadał pytanie zdziwiony.
- Nie, masz tylko halucynacje po dobrym narkotyku – syknął Lun, a ja już nie mogłam się powstrzymać i buchnęłam śmiechem.
- On gada? – zapytał niepewnie chłopak i popatrzył na mnie.
- Tak, tak – powiedziałam między falami śmiechu, a kot zeskoczył z jego nóg i zniknął w kłębie zielonego dymu.
- No i patrzy, obraził się – rzuciłam i starałam się uspokoić. – Chcesz coś do picia?
- Kawę, jeśli można – odpowiedział, a ja zaparzyłam dla nas oboje. Kiedy wróciłam do salonu, podałam mu kubek i usiadłam obok niego.
- Na ile przyjechałeś? – zapytałam po chwili ciszy.
- Teraz jest ta przerwa na studiach, więc mogę trochę tutaj posiedzieć – odparł z uśmiechem. – Wynająłem pokój w hotelu niedaleko stąd.
- Mam dla ciebie propozycję życia – powiedziała i wytworzyłam małą tarczę, żeby nikt nas nie podsłuchiwał.
- Jaką?
- Należę do Łowców i zostałam poproszona o rozwiązanie sprawy kilkudziesięciu morderstw – zaczęłam. – Muszę zorganizować sobie własną grupę i pytanie, chciałbyś mi pomóc?
- Pewnie, a kto w niej jeszcze będzie?
- Przyjeżdża mój kuzyn Thomas i pomoże mi moja przyjaciółka Candy – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.  – A swoją drogą, wybieram się z dziewczynami o klubu na drinka, idziesz z nami?
- Oczywiście – odparł uradowany chłopak. – W jakim klubie?
- Na obrzeżach jest jeden, więc tam pojedziemy – wytłumaczyłam mu.
- Dobrze, to spotkamy się na miejscu – rzucił. Siedzieliśmy tak jeszcze z jakiś czas, ale w końcu mieliśmy się przygotować do wyjścia.

Siedziałam w samochodzie i jechałam po dziewczyny. Ubrana byłam w przylegającą czarną sukienkę do połowy ud i czarne szpilki. Jako pierwsze zatrzymałam się przed domem Meredith. Poczekałam chwile, a z mieszkania wyszła blondynka z mocno ciemnoróżowej sukience lekko rozkloszowanej od pasa. Na nogach miała białe nuty na wysokim obcasie.
- Cześć – powiedziała, wsiadając i zapinając pasy.
- Hej – odparłam. – Jedziemy po jeszcze jedną dziewczynę.
Zaparkowałam pod domem Candy i czekałyśmy. W końcu dziewczyna wyszła ubrana w… spadnie?!
- Widzisz to co ja? – zapytałam blondynki, a ona pokiwała głową na potwierdzenie. – Musimy coś z tym zrobić!
Wysiadłam z samochodu i Meredith zrobiła to samo. Candy zatrzymała się, gdy tylko ją zobaczyła.
- Patricia, co ona tu robi? – zapytała fioletowowłosa wskazała na nią ręką.
- Jedzie z nami na drinka, a co? – zapytałam i udałam niewiedzę.
- Czy ty się dobrze czujesz? Ona niszczyła ci życie! – powiedziała głośno dziewczyna, a ja westchnęłam.
- Tak, pamiętam, ale przeprosiła mnie ostatnio, dlatego teraz nie trzymam do niej urazy – wytłumaczyłam jej.
- Ty nie, ale ja tak – warknęła, a ja przywołałam gestem dłoni blondynkę.
- Candy, ja… przepraszam, za to, że tak nabijałam się z ciebie i twojego przyjaciela – zaczęła, a dziewczyna zrobiła zaskoczoną minę. – Nie powinnam była tak robić, ale wtedy byłam zadufaną w sobie gówniarą, która nie wiedziała, co to są uczucia… Przepraszam.
- Ty… To znaczy, nie ma problemu, ja też przepraszam, za swoje zachowanie – wymamrotała speszona dziewczyna.
- Dobra, skoro wszystko mamy załatwione, musimy się zająć tobą – zwróciłam się do Candy.
- Mną? Ale po co? – zapytała niepewnie dziewczyna.
- Bo na pewno nie pozwolimy ci pójść w spodniach – powiedziała Meredith i popatrzyłyśmy na siebie z chytrymi uśmieszkami.
- Co wy… - zaczęła, ale nie pozwoliłyśmy jej skończyć, tylko zaprowadziłyśmy ją do samochodu i wepchnęłyśmy na tylne siedzenia. Szybko wsiadłyśmy i zaczęłyśmy jechać.
- U ciebie, czy u mnie? – zapytałam szybko Meredith.
- U mnie – odparła, a w lusterku widziałam pobladłą Candy, która nie wiedziała co ma zrobić.

Zatrzymałyśmy pod mieszkaniem blondynki. Wyjechałyśmy windą i zabrałyśmy się za zmianę fioletowogłowej. Kiedy skończyłyśmy, wyglądała jak księżniczka. Miała na sobie tiulową spódnicę w kolorze niebieskim, do tego czarną koszulkę na ramiączkach, a na nogach czarne buty na koturnie. Meredith zrobiła jej lekki makijaż, a ja zajęłam się jej włosami, które lekko pofalowałam.
- I jak? – zapytałyśmy Candy chórem. Nastała chwila ciszy, a potem dziewczyna odpowiedziała:
- Nie jest źle.
- Dobra, to teraz kierunek klub – powiedziałam i po chwili już jechałyśmy w stronę miejsca naszego dzisiejszego wypadu.

Cześć! 
To ja, jeśli ktoś tu jeszcze został xD Przychodzę z nowym rozdziałem, po dość długiej przerwie, ponieważ jak wiecie, miałam egzaminy, a potem dopadła mnie blokada, a nie chciałam pisać na siłę... 
Zachęcam do komentowania :)

Pozdrawiam, Patrycja