sobota, 6 maja 2017

Rozdział XIX



Minęło kilka dni. Przestałam już odczuwać ból w okolicach brzucha, więc mogłam normalnie funkcjonować. Thomas pisał, że powinien przyjechać w tym tygodniu, a na dziś wieczór umówiłam się z Candy i Meredith na drinka.
Ogarnęłam się i pojechałam do Łowców, jak codziennie, na trening z moją grupą. Zapowiadała się piękna pogoda, więc stwierdziłam, że zabiorę podopiecznych na ćwiczenia na świeżym powietrzu. Miasto o tej porze dopiero zaczynało żyć, ale i tak był duży ruch. Kiedy dojechałam na miejsce miałam kilkuminutowe spóźnienie. Podeszłam do drzwi i zapukałam, a po chwili otworzyła mi Diana. Posłałam jej szeroki uśmiech i biegiem ruszyłam do sali treningowej. Kiedy odnalazłam moich uczniów posłałam im przepraszające spojrzenie.
- Przepraszam za spóźnienie, ale były korki – powiedziałam i uśmiechnęłam się do nich. – Ale teraz zabierzcie wszystkie swoje rzeczy i czekam na was na górze.
Widziałam, że chcą o coś zapytać, ale sprawnie wyszłam z pomieszczenia. Podeszłam do drzwi gabinetu Clein’ a i zapukałam. Kiedy usłyszałam z wnętrza zaproszenie, weszłam i posłałam mu uśmiech.
- Patricia, mam dla ciebie pewne informacje odnoście TEJ sprawy – powiedział akcentując słowo „tej”, dlatego wiedziałam, że ma to związek z łowcami. Zamknęłam drzwi i usiadłam na jednym z foteli.
- Co jest? – zapytałam skupiając się na tym, co ma mi powiedzieć.
- Dzisiaj nad ranem znaleźliśmy następne ciała, ale tym razem była przy nich koperta zaadresowana do… ciebie – powiedział, a ja popatrzyłam na niego zdziwiona. O co, do cholery, chodzi?!
- Czy mogłabym… - zaczęłam, a po chwili dostałam do ręki ową kopertę. Znajdowały się na niej ślady krwi i brudu, a moje nazwisko było zapisane starannym i równym pismem.
- Mógłbyś powiedzieć mi, gdzie doszło do tych wszystkich ataków? – zapytałam, nie spuszczając wzroku z koperty.
- Tu masz mapę z zaznaczonymi miejscami – odpowiedział i podał mi ją.
- Dziękuję i jak czegoś się dowiem, to dam znać – powiedziałam i nie czekając na odpowiedź, wyszłam z jego gabinetu. Musiałam to potem sprawdzić, ale teraz musiałam poprowadzić trening.
Moi podopieczni czekali już na mnie obładowani po uszy, więc skierowałam się do mojego samochodu. Wszystko włożyli do bagażnika i zajęli miejsca w pojeździe.
- No to gdzie jedziemy? – zapytał Mike, który zajął miejsce obok mnie.
- Panowie, zapowiada się śliczny dzień, dlatego postanowiłam zrobić trening w terenie – poinformowałam ich z uśmiechem. Nikt już potem nie odzywał, aż dojechaliśmy do lasu. Wysiedliśmy z samochodu i zabrawszy wszystkie rzeczy, weszliśmy głębiej w gęstwinę. W końcu dotarliśmy na niewielką polanę. Kazałam chłopakom chwilę pobiegać, dla rozgrzewki, a ja w tym czasie położyłam się na ziemi i patrzyłam w niebo. Kiedy skończyli biegać, przedstawiłam im plan na dziś.
- Więc tak, robimy powtórkę z pierwszego treningu – zaczęłam. – Próbujecie mnie zabić, oczywiście w przenośni, a ja się wam odwdzięczam tym samym.
- Tak jest – powiedzieli chórem i zasalutowali, a ja zachichotałam.
- Dobra, zasady są takie: teren gry obejmuje całą polanę i dwadzieścia kroków w głąb lasu w każdą stronę, wy zostajecie tutaj, a ja biegnę się ukryć. Zaczynacie, kiedy skończycie liczyć do trzydziestu, jasne? – wytłumaczyłam im, a oni pokiwali twierdząco głowami.
Wbiegłam między drzewa i wspięłam się na jedno z nich, na tyle wysoko, żeby mieć dobry widok na polanę, gdzie chłopaki odliczali. Kiedy skończyli nie powiedzieli  nic, tylko kiwnęli głowami i każdy rozbiegł się w inną stronę. „Ale będzie zabawa” – powiedział głos w mojej głowie. „Lun, jak ci powiem, to pojaw się w postaci kota” – powiedziałam z lekkim uśmiechem. Zeskoczyłam bezszelestnie na ziemię i zaczęłam „łowy”.
Skierowałam się w prawą stronę i tak szłam i badałam okolicę. W jednej chwili uchyliłam się przed kulką z pistoletu Mike’a. Zrobiłam obrót i pobiegłam w jego stronę skrzętnie unikając strzałów, aż będąc tuż przed nim wyminęłam go i pacnęłam ręką w głowę. Zachichotałam i pobiegłam przed siebie zostawiając za sobą zdziwionego blondyna. Kiedy zniknęłam Mike’owi z oczu przeszłam do marszu. Wtem zza drzewa poleciał w moją stronę sztylet, który zręcznie złapałam i odrzuciłam w stronę Jeremy’ go. Został przygwożdżony do drzewa, które miał za sobą. Podbiegłam do niego jego również lekko uderzyłam w głowę.
Wbiegłam na polanę i zaczęłam taniec między strzałami z łuku Filona. Podchodziłam coraz bliżej mężczyzny, aż w końcu i jemu przyłożyłam ręką. Ponownie wbiegłam na łąkę, gdzie czekał już na mnie Mike, który nie czekając na zaproszenie zaczął mnie atakować. Robiłam zręczne uniki, co jakiś czas atakując lekko. Wtedy nie wiadomo skąd, za moimi plecami pojawił się Jeremy, który również zaczął ze mną walczyć.
- Stop! – krzyknęłam i wszyscy zatrzymaliśmy się w jednej chwili. „Teraz Lun i stań za Filonem” – poleciłam głosowi. Okazało się, że miałam przyłożony pistolet do głowy oraz sztylet w miejscu serca i celował we mnie z łuku Hunde.
- Wygraliśmy! – powiedział uradowany Mike, a ja zaśmiałam się. – Co jest?
- To jest mój drogi, że w tej chwili oboje jesteście martwi – powiedziałam i wskazałam swoje dłonie. – Oboje już nie macie serc.
- Ale i tak wygraliśmy, bo ja celuję w ciebie strzałą – stwierdził Filon ze zdziwieniem.
- I tu was mam – zaczęłam z półuśmieszkiem – Żadna istota nadnaturalna nie działa sama… Lun!
Kiedy tylko zawołałam jego imię, wyskoczył na plecy łucznikowi i pacnął go łapą w głowę. W tym czasie, wyswobodziłam się zaskoczonym mężczyzną i zaczęłam się śmiać z ich min.
- Dobra, starczy tego kocie – powiedziałam, a Lun wyskoczył mi na ręce.
- Skąd, do cholery, wziął się tu kot? – zaczął się głowić Filon.
- A to zostanie moją tajemnicą – rzuciłam z chytrym uśmieszkiem. – A teraz wracamy do bazy, na dzisiaj koniec, a jutro spotykamy się trochę później niż zwykle.
- Tak jest, pani trener – powiedzieli chórem i skierowaliśmy się z powrotem do samochodu.

Kiedy odwiozłam chłopaków z powrotem, pojechałam do domu, żeby zacząć przygotowywać się na wieczorne wyjście. Wkroczyłam do domu i pierwsze co zrobiłam, to zjadłam jakąś kanapkę, bo trening nie mniej mnie zmęczył. Zaparzyłam jeszcze jakąś herbatę i poszłam z jedzeniem przed telewizor. Włączyłam pierwszy lepszy kanał i rozsiadłam się na kanapie. Po chwili obok mnie pojawił się Lun w postaci kota i oparł swój łebek na moim udzie. Dłonią zaczęłam lekko go głaskać po główce, a on zaczął przyjemnie mruczeć. Siedziałabym tak jeszcze gdyby nie przeszkodziło mi pukanie do drzwi.
Niechętnie wstałam ze swojego miejsca i spojrzałam w wizjer. Nie było nikogo, ale i tak otworzyłam je, żeby się upewnić. Rozejrzałam się, a kiedy upewniłam się i chciałam zamknąć drzwi z belki, która była zaraz pod dachem tarasu zwisał głową do dołu… Alex?! Popatrzyłam na niego zaskoczona.
- Co ty tu robisz?! – zapytałam chłopaka, a on podszedł po mnie.
- No, robię za niańkę, bo ktoś tutaj nie dzwoni do rodzinki – powiedział jak do małego dziecka i położył ręce na biodrach, jakby chciał mnie skarcić. Zachichotałam i wpuściłam go do domu.
- Czyli mam rozumieć, że przysłała cię Clary? – zapytałam i zaprowadziłam go do salonu.
- Można tak powiedzieć – odpowiedział i usiadł na kanapie, a po chwili na jego kolana wyskoczył Lunlican.
- Fajnego masz kota – powiedział, a ja się zaśmiałam. – Tylko dlaczego akurat czarny, nie mieli innych kolorów?
- A ty też możesz zmienić kolor na zielony, blondasku?! – zapytał urażony kot, a ja powstrzymywałam śmiech, kiedy zobaczyłam zaskoczoną minę Alex’ a.
- Ty gadasz?! – zadał pytanie zdziwiony.
- Nie, masz tylko halucynacje po dobrym narkotyku – syknął Lun, a ja już nie mogłam się powstrzymać i buchnęłam śmiechem.
- On gada? – zapytał niepewnie chłopak i popatrzył na mnie.
- Tak, tak – powiedziałam między falami śmiechu, a kot zeskoczył z jego nóg i zniknął w kłębie zielonego dymu.
- No i patrzy, obraził się – rzuciłam i starałam się uspokoić. – Chcesz coś do picia?
- Kawę, jeśli można – odpowiedział, a ja zaparzyłam dla nas oboje. Kiedy wróciłam do salonu, podałam mu kubek i usiadłam obok niego.
- Na ile przyjechałeś? – zapytałam po chwili ciszy.
- Teraz jest ta przerwa na studiach, więc mogę trochę tutaj posiedzieć – odparł z uśmiechem. – Wynająłem pokój w hotelu niedaleko stąd.
- Mam dla ciebie propozycję życia – powiedziała i wytworzyłam małą tarczę, żeby nikt nas nie podsłuchiwał.
- Jaką?
- Należę do Łowców i zostałam poproszona o rozwiązanie sprawy kilkudziesięciu morderstw – zaczęłam. – Muszę zorganizować sobie własną grupę i pytanie, chciałbyś mi pomóc?
- Pewnie, a kto w niej jeszcze będzie?
- Przyjeżdża mój kuzyn Thomas i pomoże mi moja przyjaciółka Candy – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.  – A swoją drogą, wybieram się z dziewczynami o klubu na drinka, idziesz z nami?
- Oczywiście – odparł uradowany chłopak. – W jakim klubie?
- Na obrzeżach jest jeden, więc tam pojedziemy – wytłumaczyłam mu.
- Dobrze, to spotkamy się na miejscu – rzucił. Siedzieliśmy tak jeszcze z jakiś czas, ale w końcu mieliśmy się przygotować do wyjścia.

Siedziałam w samochodzie i jechałam po dziewczyny. Ubrana byłam w przylegającą czarną sukienkę do połowy ud i czarne szpilki. Jako pierwsze zatrzymałam się przed domem Meredith. Poczekałam chwile, a z mieszkania wyszła blondynka z mocno ciemnoróżowej sukience lekko rozkloszowanej od pasa. Na nogach miała białe nuty na wysokim obcasie.
- Cześć – powiedziała, wsiadając i zapinając pasy.
- Hej – odparłam. – Jedziemy po jeszcze jedną dziewczynę.
Zaparkowałam pod domem Candy i czekałyśmy. W końcu dziewczyna wyszła ubrana w… spadnie?!
- Widzisz to co ja? – zapytałam blondynki, a ona pokiwała głową na potwierdzenie. – Musimy coś z tym zrobić!
Wysiadłam z samochodu i Meredith zrobiła to samo. Candy zatrzymała się, gdy tylko ją zobaczyła.
- Patricia, co ona tu robi? – zapytała fioletowowłosa wskazała na nią ręką.
- Jedzie z nami na drinka, a co? – zapytałam i udałam niewiedzę.
- Czy ty się dobrze czujesz? Ona niszczyła ci życie! – powiedziała głośno dziewczyna, a ja westchnęłam.
- Tak, pamiętam, ale przeprosiła mnie ostatnio, dlatego teraz nie trzymam do niej urazy – wytłumaczyłam jej.
- Ty nie, ale ja tak – warknęła, a ja przywołałam gestem dłoni blondynkę.
- Candy, ja… przepraszam, za to, że tak nabijałam się z ciebie i twojego przyjaciela – zaczęła, a dziewczyna zrobiła zaskoczoną minę. – Nie powinnam była tak robić, ale wtedy byłam zadufaną w sobie gówniarą, która nie wiedziała, co to są uczucia… Przepraszam.
- Ty… To znaczy, nie ma problemu, ja też przepraszam, za swoje zachowanie – wymamrotała speszona dziewczyna.
- Dobra, skoro wszystko mamy załatwione, musimy się zająć tobą – zwróciłam się do Candy.
- Mną? Ale po co? – zapytała niepewnie dziewczyna.
- Bo na pewno nie pozwolimy ci pójść w spodniach – powiedziała Meredith i popatrzyłyśmy na siebie z chytrymi uśmieszkami.
- Co wy… - zaczęła, ale nie pozwoliłyśmy jej skończyć, tylko zaprowadziłyśmy ją do samochodu i wepchnęłyśmy na tylne siedzenia. Szybko wsiadłyśmy i zaczęłyśmy jechać.
- U ciebie, czy u mnie? – zapytałam szybko Meredith.
- U mnie – odparła, a w lusterku widziałam pobladłą Candy, która nie wiedziała co ma zrobić.

Zatrzymałyśmy pod mieszkaniem blondynki. Wyjechałyśmy windą i zabrałyśmy się za zmianę fioletowogłowej. Kiedy skończyłyśmy, wyglądała jak księżniczka. Miała na sobie tiulową spódnicę w kolorze niebieskim, do tego czarną koszulkę na ramiączkach, a na nogach czarne buty na koturnie. Meredith zrobiła jej lekki makijaż, a ja zajęłam się jej włosami, które lekko pofalowałam.
- I jak? – zapytałyśmy Candy chórem. Nastała chwila ciszy, a potem dziewczyna odpowiedziała:
- Nie jest źle.
- Dobra, to teraz kierunek klub – powiedziałam i po chwili już jechałyśmy w stronę miejsca naszego dzisiejszego wypadu.

Cześć! 
To ja, jeśli ktoś tu jeszcze został xD Przychodzę z nowym rozdziałem, po dość długiej przerwie, ponieważ jak wiecie, miałam egzaminy, a potem dopadła mnie blokada, a nie chciałam pisać na siłę... 
Zachęcam do komentowania :)

Pozdrawiam, Patrycja